Pełna wypowiedź
4 min czytania · podświetlone fragmenty wybrał model jako kluczowe
Szanowna Pani Marszałek! Wysoka Izbo! Panie Ministrze! Nie procedujemy nad tą ustawą w próżni. Bardzo podobne rozwiązania były już wcześniej przedmiotem poważnych zastrzeżeń i spotkały się z wetem prezydenta. Powód był zasadniczy: czy o granicach wolności słowa w Internecie ma decydować niezależny sąd, czy też urząd administracji? Rząd wraca dzisiaj z nową wersją projektu. Po wecie prezydenta pewne korekty zostały wprowadzone. Ale zasadnicza filozofia w wielu miejscach pozostaje podobna. Centralną rolę otrzymuje prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej jako koordynator do spraw usług cyfrowych. Mamy zaufane podmioty sygnalizujące. Mamy dostęp badaczy do danych wielkich platform. Mamy Krajową Radę do spraw Usług Cyfrowych. Mamy też mechanizmy dotyczące ograniczania dostępu do treści. Dlatego pytamy: Gdzie są realne bezpieczniki? Po pierwsze, kontrola sądowa. Trzeba uczciwie powiedzieć, że po prezydenckim wecie rząd poprawił projekt i wycofał się z najbardziej niebezpiecznego rozwiązania, czyli natychmiastowej wykonalności decyzji o blokowaniu treści. Ale problem nie zniknął. Nadal to urząd, a nie sąd, ma być pierwszym arbitrem w sprawie treści w Internecie. W sprawach dotyczących wolności słowa to za mało. Tam, gdzie państwo może ingerować w debatę publiczną, standard ochrony obywatela musi być najwyższy. Po drugie, pojęcie dezinformacji. Trzeba jasno zapisać, że sama dezinformacja nie może być pretekstem do blokowania treści. W państwie demokratycznym nie każda opinia, która nie podoba się władzy, mediom, platformom albo organizacjom pozarządowym, jest treścią nielegalną. Treścią nielegalną jest to, co narusza konkretny przepis prawa, a nie to, co ktoś uzna za niewygodne, kontrowersyjne albo politycznie niepoprawne. Po trzecie, zaufane podmioty sygnalizujące. To rozwiązanie wymaga pełnej jawności. Kto je wybiera? Kto je finansuje? Kto je kontroluje? Ile zgłoszeń składają? Ile z tych zgłoszeń okazuje się zasadnych? Bez odpowiedzi na te pytania powstaje ryzyko stworzenia uprzywilejowanych recenzentów Internetu. Po czwarte, dostęp do danych platform. Badanie algorytmów, bezpieczeństwa dzieci czy zagrożeń informacyjnych jest potrzebne. Ale nie może być to furtka do profilowania obywateli, badania ich poglądów politycznych, analizowania zachowań wyborczych ani wykorzystywania danych do celów politycznych czy komercyjnych. Wysoka Izbo! Szczególnie słabo wygląda w projekcie Krajowa Rada do spraw Usług Cyfrowych. Rząd przedstawia ją jako element transparentności. Ale jak ta transparentność ma wyglądać, skoro rada działa przy koordynatorze, członków powołuje koordynator, obsługę zapewnia urząd koordynatora, a regulamin ustala koordynator? To nie jest realny bezpiecznik. To jest rada przy urzędzie, powoływana przez urząd, obsługiwana przez urząd i działająca według zasad ustalonych przez Urząd Komunikacji Elektronicznej. To nie jest kontrola. To jest samokontrola administracji. A mówimy przecież o sprawach fundamentalnych: o wolności słowa, transparentności Internetu, zaufanych sygnalistach, dostępie do danych platform i mechanizmach, które mogą wpłynąć na debatę publiczną. Dlatego uważamy, że taka rada powinna mieć charakter pluralistyczny i demokratyczny. Jej skład powinien odzwierciedlać np. skład Sejmu w danej kadencji, z udziałem przedstawicieli klubów i kół parlamentarnych. Powinien być w niej przedstawiciel prezydenta Rzeczypospolitej, ale również przedstawiciel prezesa Rady Ministrów. Warto rozważyć także udział instytucji stojących na straży praw obywatelskich, ochrony danych osobowych, wolności mediów, cyberbezpieczeństwa i praw konsumentów. Bo wolność słowa nie jest sprawą jednej partii, jednego ministra, jednego urzędu ani jednej organizacji. Wolność słowa dotyczy wszystkich obywateli. Dzisiaj rządzi jedna większość, jutro może rządzić inna. Dlatego takiego systemu nie wolno budować pod jedną władzę i jeden urząd. Jeśli rząd naprawdę chce przejrzystości, nie powinien bać się kontroli parlamentarnej. Jeśli rząd naprawdę chce zaufania, nie powinien tworzyć rady zależnej tylko od prezesa UKE. Jeśli rząd naprawdę chce chronić obywateli, powinien zgodzić się na mechanizm, w którym wszystkie siły polityczne, prezydent i rząd mają wgląd w funkcjonowanie systemu. Wysoka Izbo! Nasze stanowisko jest jasne. DSA jako rozporządzenie unijne obowiązuje. Polska musi wskazać organy i procedury, ale Polska nie musi tworzyć nadregulacji. Polska nie musi oddawać wolności słowa w ręce urzędników. Polska nie powinna pod hasłem bezpieczeństwa Internetu budować systemu, który kiedyś może zostać użyty przeciwko obywatelom, dziennikarzom, twórcom internetowym, przedsiębiorcom, organizacjom społecznym albo opozycji. Nie damy sobie wmówić, że kto zgłasza zastrzeżenia do tego projektu, ten jest przeciwko ochronie dzieci albo przeciwko walce z przestępczością. To fałszywa alternatywa. Można walczyć z przestępczością w Internecie i jednocześnie nie tworzyć mechanizmu cenzury administracyjnej. Można wzmacniać prawa użytkowników wobec Big Techu i jednocześnie chronić konstytucyjną wolność słowa. Dlatego mówimy jasno: wdrożenie DSA tak, ale nadregulacja nie; walka z bezprawiem tak, ale cenzura administracyjna nie; ochrona dzieci tak, ale nie jako parawan dla ograniczenia wolności słowa; kontrola wielkich platform tak, ale nie kosztem praw obywateli. Ten projekt wymaga poważnej pracy i będziemy w niej uczestniczyć. Od tego, czy nasze poprawki zostaną przyjęte, będzie zależała dalsza ocena tego projektu.
