Jak wypada realizacja pierwszego imperatywu, czyli uniemożliwienia Rosji imperialnej ekspansji, która dzisiaj dla Polski stanowi realne, a także - tu się zgodzimy - egzystencjalne zagrożenie? Licząc w pierwszym rzędzie na własne zdolności obronne, zdajemy sobie sprawę, iż w tym zadaniu naszym najsilniejszym, najbardziej wiarygodnym i absolutnie niezastępowalnym sojusznikiem są Stany Zjednoczone. Tylko one bowiem dysponują realnym potencjałem tak odstraszania, jak i powstrzymania Rosji. Nasuwa się zatem pytanie, jaki polski interes wymaga roli wiodących krytyków polityki Stanów Zjednoczonych: polskiego premiera, ministra spraw zagranicznych, a ostatnio także marszałka Sejmu. Czy nakładanie przez obecną administrację Stanów Zjednoczonych skutecznych sankcji na Rosję i podważanie lub likwidacja panowania sojuszników Rosji w rozmaitych częściach świata są sprzeczne z interesami Polski? Czy potwierdzona ostatnio, przyznana przez pana ministra, wola obecności amerykańskiej w Europie, szczególnie w Polsce, nie jest zgodna z żywotnym interesem Rzeczypospolitej? Podsumowując, w polityce obecnego rządu wobec Stanów Zjednoczonych nie ma żadnego polskiego interesu. Przejdźmy do drugiego imperatywu polskiej polityki zagranicznej, a więc uniemożliwienia Niemcom zdominowania czy wręcz zwasalizowania Polski. Stosunek obecnego rządu do Niemiec wyklucza podmiotowość. Jednym z wielu dobitnych dowodów tego stanu rzeczy jest rezygnacja z jakichkolwiek starań o zadośćuczynienie Polsce za krzywdy i szkody wyrządzone agresją i okupacją niemiecką w latach 1939-1945. Brak tej podmiotowości jest dziś powszechnie widoczny w relacjach z Unią Europejską, której instytucje w procesie przyspieszonej integracji realizują interes Niemiec, po części tylko interes Francji - interes dominacji i wasalizacji całej Unii. Dlatego też pojęcie silnej Unii Europejskiej, którym ostentacyjnie i afirmatywnie posługuje się rząd, oznacza dzisiaj masowy transfer suwerenności od rządów i parlamentów narodowych państw członkowskich do centralnych organów unijnych. Od 2019 r. realizowany jest niemiecko-francuski program centralizacji Unii, w wyniku czego ponad 60 obszarów merytorycznych, w których dotąd decyzje zapadały na zasadzie jednomyślności, ma być poddane procedurom głosowania większościowego, w ramach których ludniejsze państwa rdzenia Unii mają miażdżącą przewagę nad demograficznie niewielkimi państwami wschodniej flanki, wśród których jedynym dużym krajem jest Polska. Wśród tych obszarów merytorycznych jest także wspólna polityka zagraniczna i polityka bezpieczeństwa. Zadajmy pytanie, retoryczne pytanie: Czyż zniesienie zasady jednomyślności nie otwiera drogi do zignorowania sprzeciwu wschodniej flanki Unii w razie wznowienia przez mocarstwa unijnego rdzenia, a więc przez Niemcy ze wsparciem Francji, polityki resetu z Rosją, na czym Moskwie bezsprzecznie zależy? Albo jeszcze bardziej konkretne pytanie: Czy Polska, stojąc w obliczu sytuacji analogicznej do tej z 24 lutego 2022 r., mogłaby natychmiast podjąć decyzję o wsparciu ofiary agresji dostawami uzbrojenia, a przedstawiciele jej najwyższych władz udać się - jak to uczynili prezes Jarosław Kaczyński i premier Mateusz Morawiecki - do stolicy zaatakowanego kraju, organizując koalicję chętnych, czy też musiałaby czekać na wynik większościowego głosowania w Brukseli, a więc faktycznie na zgodę Berlina wspieranego przez Paryż? Oczywiście pan minister, a cóż dopiero pan premier, zaprzeczałby zasadności takich pytań, argumentując za sprawczością polskiej polityki unijnej. Ale sprawczość tę niestety poznajemy prawie codziennie. Wystarczy przypomnieć, że gdy w Genewie program pokojowy dla Ukrainy dyskutowali kanclerz Niemiec, prezydent Francji i premier pozaunijnej Wielkiej Brytanii, premier Polski dał dowód swojej międzynarodowej sprawczości na forum Unii Afrykańskiej, choć jej wpływ na sytuację w naszym regionie pozostaje jeszcze nieznany. Przykładów podobnej sprawczości jest oczywiście więcej.