Pełna wypowiedź
3 min czytania · podświetlone fragmenty wybrał model jako kluczowe
Panowie Posłowie! Rozpatrujemy projekt ustawy, który rząd przedstawia jako deregulację, uproszczenie życia inwestorom profesjonalnym. Jednak gdy zajrzymy do środka, możemy dostrzec coś nieco innego: demontaż zabezpieczeń, które wprowadzono po aferach finansowych ostatniej dekady, i powrót do modelu, który wtedy został uznany - i nadal jest uznawany - za niewystarczająco bezpieczny. Cofamy zegar nadzoru o 7 lat, powracamy do prywatnych ksiąg. W projekcie ustawy znosi się obowiązek rejestracji certyfikatów niepublicznych FIZ w Krajowym Depozycie Papierów Wartościowych i obowiązek korzystania z agenta emisji. Po co w ogóle wprowadzono w 2018 r. te mechanizmy? Ano po to, żeby rynek był bardziej przejrzysty, a inwestor, nawet ten profesjonalny, mógł mieć pewność, że jego certyfikaty są zapisane nie w prywatnej bazie TFI, tylko w centralnym, niezależnym depozycie, z jednolitymi standardami i nadzorem. Dzisiaj projekt mówi: zwracamy funduszom swobodę. Ale ta swoboda oznacza prywatyzację rejestrów inwestorskich i rozproszenie odpowiedzialności. Zamiast jednego systemu KDPW będziemy mieli dziesiątki różnych systemów informatycznych, baz danych i firm zewnętrznych. To jak przejście z jednego państwowego rejestru pojazdów do sytuacji, w której każda gmina prowadzi swój własny Excel. Po drugie, to mniejsza przejrzystość, a co za tym idzie - większe ryzyko nadużyć. Certyfikaty FIZ to nie żetony. To są często setki milionów złotych zamrożone w instrumentach dla wąskiej grupy dużych inwestorów. Projekt dopuszcza, żeby TFI samo prowadziło ewidencję lub mogło ją powierzyć dowolnemu podmiotowi z uprawnieniami do prowadzenia rachunków, byle tylko wpisało nazwę w statucie. A więc oddajemy największą część kontroli temu, kto jednocześnie jest beneficjentem przepływów i decyzji inwestycyjnych. To jest, szanowni państwo, klasyczny konflikt interesów, bo strażnik i gracz nie mogą być tą samą osobą. Po trzecie, utrata centralnej jednej prawdy o zobowiązaniach funduszy. KDPW pełni jedną kluczową rolę: jest miejscem, gdzie widać realne zobowiązania w stosunku do inwestorów. Projekt niby zostawia obowiązek raportowania do KDPW danych o zobowiązaniach, ale już nie wymaga, żeby same certyfikaty tam były, czyli KDPW będzie widzieć tylko część obrazu. To tak, jakby mieć policyjne statystyki, ale bez dostępu do rejestru obywateli. Te dane mogą być niepełne, rozbieżne między funduszami, trudne do weryfikacji, zależne od jakości systemu TFI. To nie jest wzmocnienie rynku, tylko jego zaciemnienie. Po czwarte, ryzyko niskiej jakości ewidencji i brak standardów cyberbezpieczeństwa. Projekt wymaga, aby ewidencja była prowadzona w postaci elektronicznej i zapewniała integralność danych. Brzmi to bardzo fajnie i rozsądnie, ale jest to minimalny zapis, który w praktyce oznacza, że każdy fundusz może stosować inny system, inną architekturę i inne zabezpieczenia, a mówimy przecież o danych obejmujących imiona, nazwiska i adresy inwestorów, numery identyfikacyjne, dane o obciążeniach, blokadach, emisjach, historię operacji z datą oraz czasem. Po piąte, argument mówiący, że to inwestorzy profesjonalni, jest mało poważny, ponieważ rząd argumentuje, że inwestor profesjonalny poradzi sobie bez ochrony, tylko że inwestorzy profesjonalni nie są superbohaterami. Oni też wymagają stabilnych i przewidywalnych zasad, szczególnie gdy w grę wchodzą miliony złotych i wieloletnie struktury inwestycyjne. Po szóste, mechanizm zmiany systemu rejestracji otwiera furtkę do presji i manipulacji, ponieważ projekt przewiduje, że zmiana rejestracji z KDPW na ewidencję TFI wymaga 50% certyfikatów za, ale jeśli dwa razy nie będzie kworum, to wystarczy większość spośród obecnych. Brzmi to jak uproszczenie, ale przy rozproszonym akcjonariacie będzie można przepchnąć zmianę głosami de facto mniejszości inwestorów. Takie ułatwienie to idealne narzędzia, aby TFI przeciągnęło system na swoją stronę. Klub Konfederacja negatywnie ocenia przedstawiony projekt ustawy. Bardzo dziękuję. Przebieg posiedzenia